Melancholia - w zderzeniu z ostatecznością
( 0 Votes )

Według Larsa von Triera koniec świata jest rozwiązaniem równie dobrym jak inne, bo i tak nasza egzystencja nie ma znaczenia.

"Melancholia"
, czyli najnowszy film nieobliczalnego Duńczyka, rozpoczyna się ekscesywną sekwencją poetyckich obrazów z przeróżnych porządków: mamy tu "Myśliwych na śniegu" Bruegla, surrealistyczny obraz Charlotte Gainsbourg "tonącej" w polu golfowym, Kirsten Dunst biegnącej w częściowo spopielonej sukni ślubnej. Co te kadry łączy? Może nic? Nauczeni nieufności do von Triera, możemy podejrzewać, że reżyser ponownie nas zwodzi. Dodajmy do pięknych obrazków zwolnione tempo i poważną muzykę, a już mamy wszelkie powody, by się obawiać, że czeka nas wydumana, pseudofilozoficzna bzdura. Na szczęście wstęp szybko mija (na końcu okaże się, że te obrazy nie były kompletnie chaotycznym zestawieniem, a przebłyskami zbliżającego się końca świata) i rozpoczyna się właściwa, esencjonalna narracja.

Według Larsa von Triera koniec świata jest rozwiązaniem równie dobrym jak inne, bo i tak nasza egzystencja nie ma znaczenia.

"Melancholia"
, czyli najnowszy film nieobliczalnego Duńczyka, rozpoczyna się ekscesywną sekwencją poetyckich obrazów z przeróżnych porządków: mamy tu "Myśliwych na śniegu" Bruegla, surrealistyczny obraz Charlotte Gainsbourg "tonącej" w polu golfowym, Kirsten Dunst biegnącej w częściowo spopielonej sukni ślubnej. Co te kadry łączy? Może nic? Nauczeni nieufności do von Triera, możemy podejrzewać, że reżyser ponownie nas zwodzi. Dodajmy do pięknych obrazków zwolnione tempo i poważną muzykę, a już mamy wszelkie powody, by się obawiać, że czeka nas wydumana, pseudofilozoficzna bzdura. Na szczęście wstęp szybko mija (na końcu okaże się, że te obrazy nie były kompletnie chaotycznym zestawieniem, a przebłyskami zbliżającego się końca świata) i rozpoczyna się właściwa, esencjonalna narracja.

Film został podzielony na dwie części. Pierwsza z nich, "Justine", toczy się na weselu tytułowej bohaterki, granej przez Kirsten Dunst. To przede wszystkim świetnie skonstruowany dramat psychologiczny – toksyczne rodzinne i zawodowe relacje, dziwaczne zachowania postaci obserwujemy w bezlitosnym zbliżeniu. Panna młoda coraz mocniej rani bliskich, atmosfera gęstnieje, początkowa, pozorna radość szybko pryska. Świat gestu, rytuału rozpada się jak domek z kart. Dobitnie ujmuje to matka panny młodej (jak zwykle świetna Charlotte Rampling) w toaście: - Bawcie się! Póki jeszcze możecie. Przypomina się "Uroczystość" Thomasa Vinterberga, bo elementy fantastyczne pojawią się w pierwszym rozdziale jedynie na marginesie: planeta Melancholia, która potem będzie stanowiła rzeczywiste zagrożenie, jest na razie po prostu nietypową gwiazdą, wzbudzającą niepokój tylko w nadwrażliwej, rozdygotanej Justine. Ale wesele się kończy, pozostaje po nim niesmak i pusty ogród, kolorowe odbicie tego z "Zeszłego roku w Marienbadzie".

W części drugiej, toczącej się w nieokreślonym czasie po nieudanym weselu, stan melancholijnie usposobionej Justine jest jeszcze gorszy. Przyjeżdża do swojej siostry Claire (Charlotte Gainsbourg) i jej rodziny pogrążona w tak głębokiej depresji, że ledwo może się poruszać. Troska Claire nic nie pomoże, bo po niedługim czasie i ona zyska niezachwianą pewność, że Melancholia zmiecie wszystko z powierzchni Ziemi. Koniec nieuchronnie się zbliża, a nam nie pozostaje nic innego niż obserwować go  wraz z reżyserem.  

Rewelacją filmu jest Kirsten Dunst: od pierwszego ujęcia, gdy widzimy ją ze spadającymi z nieba martwymi gołębiami w tle (?!?), ma niesamowitą siłę ekspresji. Opadnięte powieki, kąciki ust – na twarzy Justine wyraźnie widać rezygnację osoby pogrążonej w depresji. Jednak chwilę potem staje się umalowaną, śliczną jak laleczka panną młodą. Aktorka wyśmienicie gra udawaną radość i jednocześnie pozwala, by przez uśmiechniętą twarz prześwitywał szczery smutek. Justine przechodzi metamorfozę: w obliczu katastrofy to ona – załamana pesymistka – zachowuje zimną krew, w przeciwieństwie do pozornie opanowanej Claire, która nie może pogodzić się ze zbliżającą śmiercią. Przygnębiająca, lecz mądra obserwacja reżysera: melancholia dodaje większej mocy w obliczu śmierci niż życia. 

Von Trier-prowokator nie ukrywa w wywiadach, że jego film kończy się katastrofą. Nie ogląda się go zatem w napięciu, co się wydarzy, tylko w skupieniu na tym, co się dzieje w danej chwili. Oczekiwanie na koniec świata staje się dotkliwe szczególnie w drugiej części: nic specjalnego się nie dzieje, ale podskórne napięcie doskwiera widzowi coraz bardziej. Jak Justine i Claire wykorzystają dany im czas? A może raczej: czy w ogóle ma znaczenie, co zrobią? I tak wszystko obróci się w nicość.

Trochę przeszkadza mi, że "Melancholia" jest jakby urwana, nierówna. Nie wiadomo, dokąd ideowo zmierza. Ale jest w tym filmie coś takiego, co nie daje spokoju. Czyżby to reżyserska szczerość? W przeciwieństwie do przekombinowanych ostatnich filmów, w przypadku "Melancholii" wydaje się, że von Trier korzystał trochę ze swoich prawdziwych obsesji. Choć na konferencji żartował sobie z filmu bez umiaru. Kolejny dowód jego przewrotności.

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Zamknij x
W ramach naszej strony stosujemy pliki cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie, dzięki czemu dostosowuje się ona do Twoich indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Możesz w każdym czasie dokonać zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.